Czarna seria

 




Czwartek 29.01.26


Walę do sklepu, jestem rozkojarzona, bo zarwałam noc. O trzeciej nad ranem obudził mnie alarm na aplikacji, którą zainstalowałam sobie rok temu, pozaznaczałam tam różne parametry i zapomniałam o sprawie. Otóż cały ten alarm dotyczył gwałtownego wzrostu cen kruszców, na którejś z azjatyckich giełd. Ja pikolę, dawno nie widziałam takiej hossy na kruszcach, więc do piątej nad ranem obserwowałam jak słupki rosną. Po co zapytasz, siła przyzwyczajenia, kiedyś zajmowałam się tym zawodowo i w ten sposób wróciło do mnie wspomnienie młodości. 

Nie taka już młoda i totalnie niewyspana walę do supermarketu. Myślę o tych kruszcach, ale wiem, że nie da się w życiu złapać wszystkich okazji, więc nie mam do siebie żalu. Aż tu nagle natykam się na plakat: supermarket proponuje mi cały wachlarz towarów w promocji. No dobra, nie zarobiłam na kruszcach, to może chociaż odbiję sobie tutaj. Natykam się na strategicznie ułożone przy wejściu książeczki promocyjne i przeglądając je strona po stronie, wyrywam kupony na towar z promocji. Mam czas, za godzinę odbędzie się mój pierwszy indywidualny kurs języka niemieckiego, odłożyłam wszystko na potem, bo i tak nie mogłabym się na niczym skupić. 

Uzbrojona w wyrwane kupony i jeszcze z dwoma kuponami z innej promocji walę w regały. Wciąż jem to samo, bo mój organizm przestał tolerować laktozę, a po glutenie zasypiam na stojąco, więc moja dieta sprowadza się do odrobiny owoców, masy warzyw, mięsa, ryb i codziennych zup gotowanych na wywarze z kości. Rodzina czasem narzeka, że im cieplej robi się na dworze, tym więcej zup pojawia się w naszym jadłospisie. Też dziwiłam się tej mojej odwiecznej zachciance, dopóki nie wyczytałam w chińskim poradniku kulinarnym, że należy pomóc organizmowi  w przestawieniu się, czyli im bardziej organizm nagrzejemy zupami przed nastaniem wiosny, tym mniej zszokuje go wzrost temperatur na zewnątrz. Jeżeli jest w tym choć gram prawdy, to cieszę się, że zaufałam moim instynktom i im bliżej lata, tym goręcej staje się w mojej kuchni.

Wracając do promocji. Wyciągam z kieszeni garść kuponów wielkości znaczków pocztowych  i rozglądam się za towarem.  Wkładam do wózka warzywa; świeżego łososia ze skórką; wędzonego pstrąga; białe wino, którego używam do gotowania (emulguje sosy, wytrąca kolagen z kości w rosole, zmiękcza mięso itd). Korniszony, masę innych pierdół; czerwone wino, na którym też zaoszczędzę pół ceny i grzeję do kasy. Tutaj okazuje się, że większość z towarów, które wybrałam wcale nie pokrywa się z promocją: w nazwie wina brakuje odpowiedniej apelacji (AOC), w nazwie ryby drugiego słowa itd.  Kurczę, na tych kuponach ledwo co widać, ale natykając się na zmartwiony wyraz twarzy kasjerki i innych pań w kolejce, przygryzam wargi. Kasjerka wpada na pomysł, że wynagrodzi moje rozczarowanie ekstrapunktami, do których nie dokopałam się w książeczce promocyjnej (ktoś pewnie wyrwał) Dziękuję, przekraczam próg supermarketu i wybucham śmiechem. Tak, to nerwowa reakcja, tego dnia czeka mnie pierwsze indywidualne spotkanie z nową nauczycielką. 

Mam jeszcze chwilkę, więc walę do biblioteki do Stans. Po szóstej lekturze w łatwym niemieckim, poddałam się, potrzebuję normalnej literatury. Pomyślałam o Charlesie Bukowskim, a zwłaszcza o "Listonoszu", bo znam tę powieść na pamięć, więc nie będzie problemu z przeczytaniem tekstu po nieniecku. Bukowski pisał bardzo prostym językiem, ale największym atutem jest dla mnie jego podejście do świata. Już w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku wyśmiewał machinę biurokracji, abstrakcyjne koszta i wpływ rozbudowanej biurokracji na portfele społeczeństwa. Drwił przytomnie, morze gorzały, którą  autor się raczył, nie przeszkodziło mu w świadomym oglądzie rzeczywistości. Do pewnego etapu, ale my tutaj nie dyskutujemy o literaturze. Moglibyśmy, gdyby znaleźli się chętni, do przemyślenia. W każdym razie to, co Bukowski pisał już choćby w Listonoszu trafiło do młodej mnie. Studiowałam i równocześnie byłam czynna zawodowo. Choć moje poglądy na świat wciąż jeszcze się kształtowały, coraz mniej podobały mi się relacje z Urzędem Skarbowym. 

Zachciało mi się Bukowskiego. Bibliotekarka nie zna Bukowskiego, muszę przeliterować nazwisko. Nie mają jego powieści na stanie, mogliby ją kupić na koszt biblioteki, tyle że ostatnie wydanie jest z 2004 roku, a biblioteka nie kupuje powieści starszych, niż te które wydano dwa, trzy lata temu. Nie chcę brnąć w poprawność polityczną. Dziękuję, sama sobie kupię. W duchu życzę bibliotekarce i zarządowi biblioteki, żeby przeczytali przynajmniej "Listonosza". Wracam do domu na pięć minut przed dzwonkiem na lekcję niemieckiego. 


Do spisania, 

Katarzyna Sikora Borowiecka




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mogło być gorzej. Obyczaje w kantonie Nidwald.

Czwarta przeprowadzka

Wiejskie życie