Święta, święta i po świętach




Ten wpis dedykuję, teściowej. Dziękujemy za te cudowne świąteczne potrawy, mamo <3

Trochę mi zajęło zamieszczenie tego wpisu, za co przepraszam, ale wcześniej się nie dało.


Nie ma to jak świąteczna przerwa wakacyjna, kiedy można wreszcie odpocząć.

Na początek walimy do Polski. Od rana sprzątam, robię zakupy, a wieczorami gotuję. I tak przez trzy dni, tempo, tempo, tempo, z przerwą na wizytę u dentysty i u kręgarza. Wigilia numer jeden odbywa się dwudziestego trzeciego wieczorem, numer dwa dwudziestego czwartego rano, numer trzy wieczorem już w innym miejscu. Zobowiązałam się, że i tutaj pomogę przy pierogach, uszka ulepiłam w Polsce z farszu, który zrobiłam w Szwajcarii. Obiecałam, że jak co roku usmażę karpia i łososia. Pierogi lepię i owszem przez jakieś dwie godziny, ale jest nas tutaj dużo, więc podstępem wrabiam w lepienie młodzież, a sama pod pretekstem doglądnięcia ryb, walę do kuchni na parter. Cholery zamrożone na czas transportu nie chcą puścić. Układamy je z teściową na kaloryferze, następnie wyrywam się z domu na krótki spacer. Zimowe popołudnie nad jeziorem, którego woda szkli się w promieniach słońca aż prosi się o uwiecznienie na zdjęciach. Poluję na moment, kiedy kolor nieba zrówna się z barwą jeziora, strzelam focie i przypominam sobie o pierogach i rybach. Pierogi "się" ulepiły, ryby już nadają się do smażenia. Synchronizuję czas z kuchnią na piętrze, w skrócie "babami od pierogów", potrzebują ośmiu minut na dogotowanie reszty pierogów.  Przywdziewam mój fartuch kuchenny, nóż samurajski, który też ze sobą wożę mam na podorędziu, z całym tym sprzętem podróżuję na takie okazje, nagrzewam trzy patelnie i wtedy słyszę ruch w korytarzu. To jedna z trzech Azjatek wżenionych w rodzinę Jarka. Uwielbiam te dziewczyny, pociąga mnie ich pragmatyzm. Dwie poznałam dość dobrze, trzeciej się uczę, ale są praktyczne, efektywne i lubię ten ich swojski ekonomiczny styl myślenia z moich czasów, choć reprezentują już w większości kolejne pokolenie. Dziewczyna pyta czy może pomóc. Pewnie! Wygłupiam się, waląc utrwalonym stereotypem o Azjatach, że przyda się "tania siła robocza", choć zasadniczo nie ma tu dla niej nic do roboty. W trakcie przekomarzanek wrzucam ryby na rozgrzane patelnie skórką w dół, żeby była chrupka i zanim zdążę się zorientować tracę dowodzenie w kuchni. Dziewczyna ma ruchy szybkie i wprawne, żongluje rybami, a mimo to dzwonka się nie rozpadają.  Oddaję "fartucha" i gapię się jak zahipnotyzowana. Odczuwam przedziwny spokój. Baby od pierogów dzwonią na alarm. Potrzebują dodatkowych dziesięciu minut. Przekładamy usmażone ryby do rozgrzanego piekarnika. Dziewczyna dziękuje mi za usmażenie ryb. Niech to, niech jej będzie, nie będę się kłócić w Wigilię :) 

 Podzielenie się opłatkiem w kilkunastoosobowej ekipie trochę potrwa, a nikt nie chce jeść zimnej ryby. Z Azjatkami, zgodnie z ich tradycjami, wymieniam też życzenia powodzenia finansowego. Następnie z kuchni na górze wjeżdżają na stół pierogi, uszka, bigos i barszcz. Na stole już stoją miski z sałatkami jarzynowymi, śledziami i wszystkim tym, co można wrzucić na "ruszt" w Wigilię. Rodzina dzieli się opłatkiem, po czym na stół wjeżdżają ryby i tak przy jedzeniu i kolędowaniu upływa wieczór. Gęb do wyżywienia jest dużo, ale jedzenia znacznie więcej. Po kolacji wystawiamy potrawy na taras, bo za nic nie zmieszczą się w lodówce. Nikt z nas nie przypuszcza, co stanie się następnego dnia.

Rano zabieram się za przygotowanie śniadania. Wnoszę z tarasu do domu: sałatki jarzynowe, śledzie w kilku smakach, pieczone mięsiwa, pierogi, bigosy i równie mocno zamarźnięty barszcz. Temperatura w nocy spadła do minus dwunastu stopni. To co da się odgrzać od razu, wstawiam na gaz. Zamarźnięte na kość pieczenie udaje mi się pokroić moim samurajskim nożem w idealnie cieniusieńkie plastry, takie właśnie smakują mi najbardziej. W kuchni na piętrze szefowa Nat gotuje białą kiełbasę w trzech gatunkach, wyrób jej babci. Podobnie jak kilkanaście blaszek ciast, które teściowa piekła przez kilka dni. Nie mogę zapomnieć o smaku przepysznych pieczonych wędlin, o sałatkach śledziowych i warzywnych, również wyrobu teściowej. Śniadanie zaczynamy gorącymi potrawami. Sałatkę jarzynową i śledzie zjemy na deser w formie lodów :)


Wszystkiego najlepszego w nowym roku i do spisania <3


Katarzyna Sikora Borowiecka



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mogło być gorzej. Obyczaje w kantonie Nidwald.

Czwarta przeprowadzka

Wiejskie życie