Szwajcarski niemiecki




14.06.2026


Obudziłam się dość późno i jeszcze w łóżku przejrzałam maile. Nie, to nie może być zwykły zbieg okoliczności, ktoś chce mi powiedzieć coś ważnego. Wstałam jeszcze lekko nieprzytomna, bo poprzedniego wieczora byłam w saunie. Nie wiem jak to działa, ale sauna relaksuje bezpośrednio po, a następnego dnia czuję się jakby wycisnęła ze mnie soki życiowe. Przy kawie jeszcze raz przeczytałam maile. W pierwszym mieściła się informacja, że dzisiaj mam egzamin z niemieckiego na poziomie B2, w drugim informacja o egzaminie z niemieckiego, w ramach kolejnego kursu, na który zapisałam się, żeby od razu nauczyć się lokalnego dialektu. Dwa egzaminy w dodatku na tak wysokim poziomie zobowiązują. W efekcie coś we mnie pękło i zamiast dumy z moich osiągnieć, opadło mnie uczucie zwątpienia. O ile wcześniej ignorancja ucznia pozwalała na popełnianie błędów, o tyle świadomość studenta, zablokowała mój mózg, Jakby tego było mało przy skrzynce na listy spotkałam sympatyczną i gadatliwą sąsiadkę, która włada lokalną gwarą. Wybierała się na spacer, postanowiłam do niej dołączyć następnym razem.  Rozmawiałyśmy po niemiecku, najpierw mnie pochwaliła, a potem zaczęła korygować błędy. Z jednej strony chciałabym, żeby ktoś mnie poprawiał, ale nie wyrobiłam w sobie jeszcze automatyzmu w mowie i takie ciągłe poprawianie podcina mi skrzydła. Sąsiadka znów wyłapała błąd, jej ego pęczniało. Tymczasem mój wewnętrzny głos krzyczał: "nie daj się babie", no i nie dałam już wejść sobie w słowo, a rzednąca mina sąsiadki świadczyła już tylko o tym, że z tych spacerów nic nie wyjdzie. 

Dzisiaj wybrałam się na ten drugi egzamin tym razem do Lucerny. Nie chciałam brać samochodu, żeby nie martwić się parkowaniem, nie skorzystałam też z propozycji podwózki, bo z Jarkiem jest zawsze  na ostatnią chwilę. Postanowiłam wyciszyć myśli i skorzystać ze środków masowego transportu. Dojechałam niecałą godzinę przed czasem, zlokalizowałam miejscówkę i puściłam się spacerem w miasto. Jakiś czas później natknęłam się na koleżankę, która też mieszka w naszej wiosce. Niesamowite, Lucerna wcale nie jest takim małym miastem. Przysiadłyśmy w kawiarence nad brzegiem rzeki, potem odprowadziła mnie na egzamin. W klasie była nauczycielka i ja, żadnych innych chętnych. Pogadałyśmy sobie, żeby wreszcie przejść do sedna. Okazało się, że ta szkoła nie jest dla mnie, bo nie ma nic wspólnego z nauką języka niemieckiego. Skierowana jest do ludzi, którzy mówią po niemiecku od dziecka, ale wciąż doświadczają trudności w wyrażaniu myśli, czytaniu i pisaniu. Czyli klasa dla dyslektyków. To nie pierwszy dziwny kurs, na który aplikowałam, chcąc uczyć się lokalnego szwajcarskiego. Ten poprzedni okazał się kursem dla niepiśmiennych. Ciekawe na jakie jeszcze inne cuda idą moje podatki? 

Nie uznaję tego doświadczenia za czas stracony. Każda rozmowa kwalifikacyjna stresuje, a w momentach stresu mózg zapierdziela na najwyższych obrotach. Dlatego zamierzam aplikować na każdy kolejny kurs lokalnego dialektu.

W między czasie muszę jeszcze udobruchać tę sąsiadkę od spacerów :)


Do spisania, 

Katarzyna Sikora Borowiecka


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mogło być gorzej. Obyczaje w kantonie Nidwald.

Czwarta przeprowadzka

Kontuzja i szkło